Z maszynopisem w ręce

"Był geniuszem i był gotów służyć ludzkości. W zamian oczekiwał jedynie pokrywania swoich wydatków".
R. Rankin

W poprzednim felietonie podawałem przepis na super bestseller, dziś pora na analizę rynku. Zastanówmy się logicznie. Czy jeśli napiszemy dzieło na miarę Harry'ego Pottera, mamy szansę przebić się z nim na rynek?

A zatem, dziś będzie opowieść z życia pisarza. Początek zeszłego roku: nic jeszcze nie wskazuje na rychły kryzys, który dotknie sprzedaż kontynuacji cyklu o przygodach Pana Samochodzika, ja jednak czuję przez skórę, że należy przedsięwziąć środki. Jeśli coś się popsuje - będę miał zabezpieczenie. Jeśli wszystko będzie grało, podwoję zarobki i będzie mnie wreszcie stać na wyprawę do Etiopii.

Styczeń i część lutego - poświęcam na napisanie kolejnego Samochodzika pt. "Oko Jelenia" - nie wiem jeszcze, że zostanie odrzucony. W marcu piszę jeszcze jednego "Zaginione miasto" - na zapas. Kwiecień i maj, to dwa miesiące ogłupiającej, katorżniczej pracy. Kursuję między domem, a Biblioteką Narodową, sprawdzam dziesiątki szczegółów - akcja częściowo będzie rozgrywać się w przeszłości. Epokę, w której osadzam jeden tom, znam dobrze - ale i tu muszę sprawdzić masę detali, i przypomnieć sobie sporo szczegółów. Drugi tom akcja w 1624 roku wymaga przestudiowania kilku monografii i podręcznika chorób tropikalnych - bohaterowie zetkną się z dżumą.

Resztę doby zajmuje mi mozolne pisanie. Miesiąc, to około 20 dni, które można poświęcić na pracę. Teoretycznie wystarczy posuwać książkę o 10 stron dziennie. W praktyce liczne obowiązki powodują ciągłą utratę czasu, który można poświęcić na pisanie. A pisać trzeba. A więc zero telewizji, zero odpoczynku, zero czytania dla przyjemności. Do roboty. Do tego korekta. Nie mam na nią czasu - ale mam znajome, które niedrogo doprowadzą mi tekst do stanu używalności. Po publikacji odrobię te kilkaset złotych strat.

Przychodzi koniec maja. Dysponuję maszynopisami dwu tomów cyklu, liczącymi po 180 stron. Podchody do jego wydania zaczynam od wydzielenia potencjalnego wydawcy z ogólnej puli firm zajmujących się produkcją książek. A zatem, idę do księgarni, patrzę kto też wydaje książki dla młodzieży, i spisujemy sobie adresy zazwyczaj umieszczone na stopce redakcyjnej. J.K.Rowling ze swoim maszynopisem obchodziła wydawnictwa. Dopiero w siódmym z kolei przyjęto go jej do druku. Jestem na dzień dobry w znacznie gorszej sytuacji - w naszym kraju nie ma siedmiu wydawnictw, drukujących polskie książki przeznaczone dla młodego czytelnika.

W tej sytuacji, spisuję adresy istniejących. Teraz pora na analizę, nazwijmy to, profilu wydawnictwa. Jak się rychło zorientuję, cztery z nich drukują tylko i wyłącznie przekłady. Skreślam. Jedno jest częścią wielkiego koncernu wydawniczego - nazwy tu na wszelki wypadek nie podam - gdzie już mnie parokrotnie wyrolowano i gdzie na 90 złotych honorarium czekałem 6 miesięcy. Skreślam z listy. Jeśli nie potrafili dotrzymać słowa w drobiazgach, nie należy z nimi rozmawiać o sprawach poważnych. Kolejne drukuje wyłącznie książki pani M. Musierowicz - należy przypuścić, że powstało z jej inicjatywy i wyłącznie do eksploatacji jej talentu. Można spróbować - zwłaszcza, że ta wybitna - piszę bez ironii - pisarka ostatnio zadeklarowała, że się wycofuje. Może będą szukali kogoś następnego z talentem do eksploatowania? Sprawdzimy.

Zostały trzy. Jedno drukuje moje powieści, będące kontynuacja cyklu przygód Pana Samochodzika. Tam już pytałem - nie są zainteresowani rozszerzaniem oferty. Zostały dwa. Oba niestety mieszczą się cholernie daleko - najlepiej byłoby zanieść maszynopis osobiście, ale koszt przejazdu jest, niestety, zabójczy. Wysyłam pocztą.

Oczywiście jako profesjonalista, mający na koncie pięć (obecnie siedem) wydanych książek, załączam odpowiedni list. W liście przedstawiam się jako samorodny geniusz, wspominam o moich ogromnych dokonaniach, i o licznych nagrodach literackich, do których zostałem nominowany. Teoretycznie, wydawca sam to powinien wiedzieć, lub umieć wyszukać w internecie, ale biorąc pod uwagę jacy nieucy siedzą po redakcjach... W każdym razie, danie do zrozumienia, że jest się profesjonalistą sprawi, że przeczytają chociaż kawałek nadesłanego maszynopisu, zanim umieszczą go w kontenerze celem przeróbki na papier toaletowy... Wspominam też, że nadesłane dwa tomy są początkiem 15 tomowego cyklu, dołączam konspekty sześciu kolejnych tomów, oraz deklaruję gotowość podpisania umowy na dostawy czterech tomów rocznie. Na koniec pora określić, ile też chcę za swoje usługi. Jest recesja, więc proponuję grosze. Równowartość tysiąca dolarów za tom. Przy nakładzie 4 tysiące egzemplarzy, będzie to złotówka od tomu. Więcej musieliby zapłacić tłumaczowi za przekład zagraniczny. A dla żyjącego skromnie pisarza, 16 tysięcy złotych rocznie będzie poważnym zastrzykiem gotówki.

Zaczyna się jałowy etap czekania na odpowiedź. Po trzech miesiącach nieco zniecierpliwiony, dzwonię do wydawcy dowiedzieć się, co też słychać z moim bestsellerem. Odpowiedź jest zdawkowa. Przekazano do działu, który zajmuje się czytaniem i dział sam się z mną skontaktuje. Po kolejnych dwu miesiącach dzwonię do działu zajmującego się czytaniem. Nikt nie jest w stanie powiedzieć nic sensownego, ale zapewniają, że jak przyjdzie czas, to się skontaktują. W zasadzie dla ocenienia, czy książka jest warta przeczytania, wystarczy pokonanie pierwszych 10 stron. Doświadczony redaktor potrzebuje na to dziesięciu minut. Skoro pracują już sześć miesięcy, to znaczy że albo im się spodobało - i zaznaczają ewentualne usterki do poprawienia, albo dyskutują na kolegiach redakcyjnych, czy wydać dzieło, czy też nie. Druga interpretacja opóźnienia jest mniej optymistyczna: zatrudniają na stanowiskach redaktorów kompletne dupy wołowe. Ponieważ wydawnictwo jest duże, opanowało poważny sektor rynku należy tę drugą możliwość zdecydowanie odrzucić.

Po siedmiu miesiącach przychodzi zdawkowy list. Dziękują za zainteresowanie, bla bla, w obecnej sytuacji wydawniczej, bla bla, "a poza tym ma Pan wygórowane żądania finansowe".

Owszem, mamy w kraju recesję, ale są wydawnictwa, które na przekór kryzysowi, podwoiły liczbę sprzedawanych książek. Wygórowane żądania finansowe!? Normalny pisarz pisze taką książkę przez 3 do 6 miesięcy. Ja pracuję odrobinę szybciej... Tysiąc dolarów za maszynopis, to ma być za dużo? Złotówka za egzemplarz? Przecież wydawca z każdego tomu wydusi co najmniej sześć razy tyle!!! Drugie wydawnictwo konsekwentnie milczy. Wykonuję dwa telefony i rozmawiam z jakąś kobietą która nic nie wie i nawet nie próbuje udawać, że spróbuje się dowiedzieć. Już jej ton wskazuje, że nie chce jej się z pisarzem gadać.

A zatem siedzę sobie i wpatruję się w dwa tomy fajnej przygodówki, której, niestety, nie będzie dane poznać naszym dzieciakom. Co mogę zrobić dalej? Po pierwsze, nie należy się załamywać. Mam aż cztery wyjścia. Po pierwsze wysłać jeszcze raz tam, skąd mnie właśnie spuścili po schodach i zaproponować honorarium o połowę mniejsze. Po drugie mogę odłożyć to na półkę i poczekać, powiedzmy pięć lat - wcześniej, czy później, będę miał własne wydawnictwo i sam sobie wydam. Jednak cholernie przydałoby mi się trochę pieniędzy i, to co gorsza, natychmiast... Mogę iść z tym do jakiegoś znanego pisarza i sprzedać mu to. Niech przeredaguje i wyda pod własnym nazwiskiem. Problem w tym, że w grę wchodzi chyba wyłącznie ktoś z głównego nurtu - tylko oni mają pieniądze z nagród i dotacji, i co więcej, nie mają problemów z publikowaniem swoich wypocin. A to, niestety, fantastyka...

Co zatem robić? A może... Podkręcę wiek bohaterów o kilka lat. Dodam silnie zaakcentowany wątek romantyczny. Pal diabli, niech będzie w środku nawet kilka scen łóżkowych. To nie jest duża robota. Przeredagowanie tego dzieła zajmie mi może dwa tygodnie. I żegnajcie wydawcy, produkujący książki dla młodzieży... Zaczynam zabawę z innymi wydawcami, raz jeszcze, od początku...

MENU

Artykuły

Aborcja –
wybór większego zła


Eutanazja –
list do początkujących socjalistów


Polaku, dlaczego przestałeś czytać?

Euronorma naszej działki

Teraz wiesz, ile zjesz!

Z książką w dłoni

Sam Ogon

Z maszynopisem w ręce

A imię jego czterdzieści i cztery...

Sherlock Holmes w Polsce

Warszawiak z wyboru

Zapomniany geniusz

 

Zajrzyj koniecznie:

www.upr.org.pl

Unia Polityki Realnej

www.pilipiuk.valkiria.net
Oficjalna strona A. Pilipiuka

© Copyright 2005 by Paweł Wiliński
Wszelkie kopiowanie bez zgody autora zabronione.
Design by Paweł Wiliński